Seriale – moja miłość, mój nałóg

Seriale – moja miłość, mój nałóg

Maja Stasińska / Onet.pl

Rytm dni, miesięcy i lat maniaków telewizyjnych wyznacza czas emisji ulubionych tasiemców. Żyją życiem bohaterów seriali, czasami zupełnie zapominając o sobie i swojej rodzinie. Coraz częściej godziny spędzane przed telewizorem to nie hobby, ale groźne uzależnienie, któremu podporządkowane jest całe życie.

Maria szczególnie lubi seriale o rodzinie, bo dużo w nich życiowej mądrości. Można podpatrzeć, jak rozwiązywać własne problemy. Albo zobaczyć, że inni ludzie też mają takie same, jak ona, a wtedy człowiek nie czuje się z tym wszystkim taki samotny. Codziennie więc śledzi, jak radzą sobie rodziny z „Na dobre i na złe”, „Klanu”, „M jak miłość”, „Plebani”, „Na Wspólnej” i „Barw szczęścia”. Najgorsze jest to, że często nakładają się na siebie godziny emisji. Trzeba być niezłym logistykiem, żeby zaplanować, co obejrzeć, co nagrać, a co zobaczyć w powtórkach.

Ma 52 lata, na co dzień pracuje w urzędzie miasta. Przyjmuje wnioski o wydanie dowodów osobistych. Skończyła polonistykę. W czasach, kiedy w jej niewielkim mieście bezrobocie sięgało 20 proc., praca w administracji była dla wielu szczytem marzeń. Co z tego, że nudna, skoro stabilna, gwarantuje pełne świadczenia socjalne, pensję wypłacaną na czas, a w przyszłości emeryturę. Mąż jest kierowcą w zakładach mięsnych. Kiedy dzieci były małe, miała pełne ręce pracy, dom tętnił życiem. Dziś starszy syn ma już własną rodzinę, a młodsza córka studiuje historię w większym mieście. Kiedy dzieci się wyprowadziły, Maria nagle zaczęła mieć dużo czasu. Włączała więc telewizor i śledziła zagmatwane losy serialowych bohaterów.

Ucieczka od rzeczywistości

Paradoksalnie jednak im więcej czasu Maria spędzała na podpatrywaniu życia serialowych familii, tym gorzej działo się w jej własnej. Mąż coraz częściej skarżył się dzieciom, że już nawet nie gotuje obiadów, a właściwie to w ogóle jakby jej nie było, chociaż nie wychodziła z domu. W końcu zaczął znikać na całe dnie i noce… W miasteczku huczało od plotek, że widują go z księgową z zakładów mięsnych. Ale Maria nie zorientowała się, że coś złego się dzieje, bo bardziej interesował ją romans doktor Zosi z serialu, niż jej własnego męża.

Rodzina Marii przegrała z serialową również wtedy, kiedy nie poszła na obiad wielkanocny do teściów, bo po 16 jest jej ulubiony „Na dobre i na złe”. Ogląda go od pierwszego docinka. Pamięta jak syn doktora Burskiego był dzieckiem, o którym istnieniu nie miał pojęcia. Kiedy spotkali się po latach, Maria ze wzruszenia płakała jak bóbr. Dziś jest już studentem medycyny. Nie ruszy się z domu, kiedy akurat nadają ten serial. Jak trafiła do szpitala, mąż musiał pożyczyć od sąsiada mały telewizorek, bo w godzinach emisji tasiemca nie mogła znaleźć sobie miejsca, chodziła z kąta w kąt, była opryskliwa dla innych pacjentów. Akurat z mężem rozstawała się z doktor Lena. A ona nie mogła zobaczyć, czy wyjechała za granicę, czy została w kraju. Prosiła pielęgniarkę, żeby jej powiedziała, co było w ostatnim odcinku. W szpitalu zorientowała się, że niedofinansowana placówka w jej rodzinnym mieście ma niewiele wspólnego z tą z Leśnej Góry, że przepracowani lekarze nie są tacy mili i uśmiechnięci, a zamiast jedno, czy dwuosobowych sal, w pokoju z nią leży jeszcze siedem stękających i utyskujących kobiet. Fikcyjność nie zniechęciła ją do oglądania telenoweli, wręcz przeciwnie – pokochała bohaterów jeszcze bardziej. – Żeby wszyscy lekarze byli tacy, jak w tym filmie – wzdychała.

- Nałogowe kompulsywne oglądanie seriali od rana do nocy, może być ucieczką przed własnymi problemami, odwróceniem uwagi od szarego życia, w którym niewiele się dzieje. Hitem była „Dynastia”, bo pokazywała świat pełen luksusu i dostatku. Był jak spełnienie marzeń o lepszym życiu, jednocześnie bohaterowie mieli dylematy, jak zwykli śmiertelnicy. Im gorzej radzimy sobie ze swoim życiem, tym mamy większe skłonności do uciekania przed problemami w inny świat – mówi Robert Rejniak, terapeuta uzależnień z Zespołu Psychoterapeutyczno-Szkoleniowego „Terapeutica” w Bydgoszczy.

Gdzie życie jest ciekawe

Kasia ma 27 lat. W piątkowe popołudnie jej koleżanki bawią się klubach. Kiedy one zakładają szpilki i robią makijaż, Kasia odpala telewizor, żeby z wypiekami na twarzy śledzić życiowe wybory swoich ulubionych serialowych bohaterów.

Każdy dzień planuje z programem TV w ręku. Jest farmaceutką, najczęściej pracuje od 10 do 17, tak ustaliła w właścicielką apteki (wtedy jest najwięcej klientów, a ona zdąża na swoje ulubione tasiemce). Po pracy leci do domu, żeby obejrzeć „Klan”. Czasami myśli, że ta telenowela to obciach, ale ciągle interesuje ją losy rodziny Lubiczów. Potem jest chwila na zjedzenie czegoś, czy szybkie ogarnięcie mieszkania. I zaczyna się prawdziwy maraton: „Barwy szczęścia”, „Doktor House”, „M jak miłość”, „Usta Usta”, lubi też „Hotel 52″ i „Szpilki na Giewoncie”, chociaż boi się, że skończą się tak szybko, jak „Magda M”. Nie rozumie, dlaczego nie pokazali, jak bohaterom rodzą się dzieci. Z trudem odżałowała, że nie może śledzić perypetii przebojowej prawniczki z Warszawy. Serialowy maraton kończy się gdzieś koło godziny 22. Czasu zostaje jej jeszcze na kąpiel, wskoczenie w piżamę i poczytanie w łóżku, a częściej obejrzenie serialu na DVD. Ma wszystkie odcinki „Dr. House’a”, „Seks w wielkim mieście” zna na pamięć. „Kości” ściąga z internetu i ogląda po kilka razy.

Fikcja ciekawsza niż rzeczywistość

Kasia czasami gdzieś wyjdzie z koleżankami, ale szybko utwierdza się w przekonaniu, że nic ciekawego wtedy się nie dzieje: siedzą w hałasie i rozmawiają o facetach, a Kasia ten temat zamknęła razem z rozstaniem z chłopakiem. Trzy lata temu była w związku. Chciała stabilizacji, a Marka ciągle gdzieś nosiło: a to wyjścia ze znajomymi, a to wyjazd do Chin. Jeszcze nigdy nie wróciła z urlopu taka zestresowana i zmęczona. Coraz częściej mówiła o dziecku, a on nawet nie chciał o tym słyszeć. Nie zawsze się dogadywali, ale wiadomość, że poznał kogoś innego i odchodzi, spadła na nią jak grom z jasnego nieba.

- Wracałam do pustego mieszkania gdzie cisza aż dudniła w uszach. Żeby nie myśleć o tym wszystkim, od razu włączałam telewizor. Słyszałam czyjś głos i czułam się mniej samotna. Na początku bezmyślnie wpatrywałam się w ekran. A tam ciągle był jakiś serial. Stwierdziłam, że to nie prawda, że seriale są bezwartościowe. Niektóre wiele mówią o życiu, pokazują jak rozwiązywać problemy, są zabawne – przekonuje Kasia.

Wojna z serialami

Kiedyś Kasia o seriale pokłóciła się z siostrą. Jak zwykle zapraszała ją do siebie. U Ani jest mąż i dzieci, a u niej spokój. Ale siostra poprosiła, żeby spotykały się na mieście, bo u Kasi ciągle dudni telewizor. A potem przekonywała siostrę, że spotykać się z ludźmi, bo inaczej do końca życia będzie sama. Kasia skwitowała: „Mam czas to oglądam. I nic nikomu do tego”. Ale Ania szuka pomocy dla siostry. Na jednym z forów napisała: „Czy można uzależnić się od seriali, bo dla mojej siostry one są ważniejsze, niż rodzina!”. Udało jej się wynegocjować, żeby Kasia ograniczyła czas spędzany przed telewizorem. Teraz zamiast zamiast siedmiu ogląda pięć. Ale okazało się, że wcale nie ma więcej czasu na realne życie. Dodatkowo udziela się też na forach i fan klubach, jak w przypadku swojego ulubionego ekscentrycznego lekarza, czy detektywów z „Kości”. Tutaj czuje się w końcu rozumiana. Ostatnio zaczęła pisać maile z chłopakiem, który tak, jak ona kocha panią od badania rozłożonych ludzkich zwłok. Może niedługo się spotkają. Tylko Ania tęskni za siostrą i wcale nie chce z nią rozmawiać o wymyślonych przez scenarzystów ludziach, ale realnych problemach.

Wojnę oglądanym przez Marię telenowelom wypowiedziała też Matylda – jej córka. Ojciec ciągle skarżył się, że matka siedzi tylko przed telewizorem, omawia z sąsiadką, co dzieje się w życiu bohaterów seriali, chociaż nie wie, co słychać u jej własnych dzieci.
- Pamiętam, jak kiedyś zajechałam do rodziców, a ona nie pyta mnie, co słychać, jak mi na studiach, tylko mówi mi o jakiś lekarzach  z tasiemca. Słuchałam tego i rosła we mnie złość. W końcu mówię: „Mamo chce zacząć jeszcze jeden kierunek, a Twój wnuk choruje i nie wiadomo, czy nie będzie miał operacji na serduszko”. Zamilkła. Zrozumiała swój nietakt. Nie nawijała mi już o serialach, ale ojciec mówił, że nadal nie odchodzi od telewizora – mówi Matylda.

Kiedy przyjeżdżali do niej z bratem, potrafiła wszystkich zostawić, usiąść plecami do rodziny i oglądać kolejny odcinek tasiemca. Ale szala goryczy przelała się, kiedy Antek, syn Marii, kupił domek blisko morza. Zaprosił rodziców, a matka najpierw wypytała, czy ma telewizor. A kiedy dowiedziała się, że tydzień nie obejrzy swoich seriali, to powiedziała, że nie jedzie, bo boi się, że jeszcze ktoś włamie się do mieszkania pod ich nieobecność. Wtedy Matylda stwierdziła, że Maria powinna chodzić na terapię, bo jest uzależniona od życia serialowych bohaterów.

- Dzieci zarzucają mi, że moim życiem zawładnęły seriale. Ale co ja mam innego do roboty? Nie lubię plotek, nie uczestniczę w urzędniczych intrygach, nie latam po mieście. Wolę pooglądać seriale – tłumaczy się Maria.

Matylda ustaliła z bratem, że kupią rodzicom działkę ogrodniczą za miastem, żeby matka miała jakieś inne zajęcie poza oglądaniem tasiemców. Na początku działka leżała odłogiem, bo Maria nigdy nie mogła tam dotrzeć między kolejnymi odcinkami seriali. Dziś nie może powstrzymać się tylko od śledzenia losów lekarzy z Leśnej Góry i klanu Lubiczów. Resztę sobie odpuszcza, sadzi kwiaty, piele, pielęgnuje. Najważniejsze, że robią to razem z mężem.

Matylda boi się, że nałóg matki wróci wraz z pierwszymi opadami śniegu, kiedy zimą nie będzie pracy na działce. O terapii Maria nie chce słyszeć. Mówi, że dzieci robią z niej wariatkę, a przecież tyle ludzi ogląda seriale i jeszcze nikt od tego nie umarł.

- Seriale same w sobie mogą nawet być pomocne, podsuwać sposoby rozwiązania życiowych problemów. Wszystko jednak zależy od czasu spędzanego przed telewizorem. Nic złego się nie dzieje, kiedy śledzimy jeden, gorzej jeśli przez telenowele zaniedbujemy swoich bliskich i obowiązki. Serial wypełnia życie, bo plan dnia dopasowujemy do godzin emisji kolejnych odcinków. Wtedy nie rozwiązujemy własnych problemów, bo nie mamy na to czasu. Siedzenie przed telewizorem powoduje, że w końcu zaczyna szwankować zdrowie. Oglądanie programu o ćwiczeniach nie poprawia kondycji. Jeśli seriale stają się nałogiem i nie można samemu sobie poradzić, wskazana jest psychoterapia – radzi Robert Rejniak.