Jedzenie jak narkotyk

Jedzenie jak narkotyk

Maja Stasińska / Onet.pl

Kiedy jest im smutno, mają problemy w pracy, czy w związku sięgają po jedzenie, zdarza się, że po niewiarygodnie duże ilości jedzenia. Potem przychodzą wyrzuty sumienia i obietnica poprawy. Ale najczęściej poprawa nie nadchodzi, aż do następnego ataku obżarstwa. Bo posiłek dla nich jest tym, czym narkotyki dla narkomana. Jedzenioholicy sami nie są w stanie poradzić sobie z nałogiem.

„Mam na imię Joanna, jestem jedzenioholikiem. Leczę się.” Zanim jednak umiała wypowiedzieć te słowa, wiele lat balansowała między obżarstwem a kolejnymi dietami. Chudła i tyła, tyła i chudła i tak w kółko. Do psychologa zgłosiła się wycieńczona fizycznie i psychicznie. Prawie przestała wychodzić z domu po tym, jak przytyła do 85 kilogramów przy wzroście 162 cm.  Wpadła w depresję.

Byłam załamana swoim wyglądem. Nie miałam już siły na kolejną dietę, liczenie kalorii, odmawianie sobie wszystkiego, jadłam tyłam i czułam się bardzo zmęczona życiem, swoją bezsilnością – mówi Joasia.

W dzieciństwie nie miała jeszcze problemów z wagą. Pierwszy raz zaczęła się odchudzać w wieku 14 lat. Chciała wyglądać, jak modelka, a zaczęły jej się zaokrąglać biodra. Od tamtej pory, czyli od około 19 lat nigdy już nie złapała równowagi, odchudzała się i tyła na przemian.

Powodów uzależnienia od jedzenia może być kilka. Jedną z nich jest potrzeba odreagowaniem emocji i stresu, nagrodzenia się, z tendencją do natychmiastowej realizacji, kiedy pojawia się wewnętrzny, psychiczny przymus sięgnięcia po coś do jedzenia. Szukanie czegoś co sprawia przyjemność, daje poczucie nagrody. Potem pojawiają się wyrzuty sumienia z powodu złamanej obietnicy.  To może być forma rekompensaty, widać to kiedy w monecie porzucania innego nałogu, czy to rzucania palenia, picia alkoholu, czy narkotyków, osoba wpada w obżarstwo. To może być też natręctwo związane z zaburzeniem osobowości – mówi Robert Rejniak, specjalista psychoterapii uzależnień z Zespołu Psychoterapeutyczno – Szkoleniowego Terapeutica w Bydgoszczy, z kilkunastoletnią praktyką terapeutyczną.

Żołądek – worek bez dna

Joanna pracuje w agencji nieruchomości, która mieści się niedaleko domu. Wiele miesięcy żyła między biurem i domem, po drodze zachodziła tylko do sklepu. Coraz mniej zarabiała, bo katorgą stały się dla niej kontakty z klientami. Miała wrażenie, że patrzą na nią i oceniają, że jest taka gruba, a badania pokazują, że bardziej wiarygodni są ludzie szczupli, przecież czytała o tym. Sypał się jej związek. Wstydziła się rozebrać przed swoim chłopakiem. Prawie przestali ze sobą sypiać.

To wszystko zaczęło mnie przerastać, chciałam już tylko zniknąć, zapaść się pod ziemię. Czekałam, kiedy mój chłopak mnie zostawi, taką grubaskę. I dziwiłam się, że ciągle ze mną jest. Był zdezorientowany. Nie widział przecież, że się objadam, a byłam coraz większa i coraz smutniejsza. Nigdy nie jadłam przy kimś, zawsze w samotności. Jedzenie było dla mnie czynnością wstydliwą. W towarzystwie jadłam o wiele mniej, niż inni, bałam się, że ktoś pomyśli o mnie, że jestem łakoma, że wyjdzie na światło dzienne, że nie panuje nad apetytem. Nawet, kiedy byłam bardzo głodna nie sięgałam po kolejną kanapkę, czy porcję sałatki. Leciałam do domu i tam się napychałam. Potrafiłam zjeść niewiarygodne ilości, wydawało mi się, że mój żołądek to worek bez dna – mówi Joasia.

Kiedyś została jedną noc z 5- letnim synkiem przyjaciółki, bo ta chciałam wyjść do kina ze swoim chłopakiem. Zjadła z małym kolację. Ale kiedy zasnął co rusz zaglądała do lodówki. Podjadła a to plasterek kiełbaski, a to małą kanapeczkę z serkiem. W ten sposób wyczyściła jej całą lodówkę. Chciała lecieć do sklepu nocnego, żeby zrobić zakupy, ale nie wiedziała, gdzie jest najbliższy, bała się, że mały się obudzi i przestraszy się, że jest w domu sam, albo przyjaciółka przyjdzie, a jej nie będzie. Kiedy wróciła bąknęła coś w stylu sorry, ale wzięłam sobie kanapkę, ale musiała być zaskoczona, kiedy zorientowała się, że w lodówce nic nie ma, nawet skondensowanego mleka w tubce.

Sięgałam po jedzenia kiedy byłam smutna, samotna, sfrustrowana, zestresowana, ale też szczęśliwa. Każde emocje doprowadzały do obżarstwa. W dzieciństwie za piątkę, za dobre zachowanie dostawałam ciasteczko, batonik, albo czekoladę. Mama trzymała słodycze w szafce, wydzielała je. Dzieci nie miały tam prawa zaglądać. Potem nagradzałam siebie, za dobrze posprzątane mieszkanie, za ciężki dzień w pracy. Jedzenie przynosiło mi ulgę, ale zadowolenie było chwilowe, bo niemal w tym samym momencie pojawiały się wyrzuty sumienia.  Zazdrościłam ludziom, że mogą zjeść porcję, w regularnych odstępach czasu, bez napychania się. Zazdrościłam im zgrabnej figury, ale przede wszystkim tego ich spokoju – mówi Joanna.

Otyłość to nie jest nieuleczalna choroba 

Joasia tyła, czekała aż jej chłopak ją zostawi, a on ciągle przy niej był. Jest przystojnym, wysokim, postawnym mężczyzną. W końcu  wolała go ubiec i sama odejść od niego. Mówiła, że to nie ma sensu, że uwolni go od siebie. Powiedział: „Aśka, co ty wygadujesz, weź się za siebie. Akurat tuszę można zmienić, to nie jest nieuleczalna choroba. Nie wytrzymam już twoich kompleksów.”

Gdyby on wiedział, jak strasznie chciałam nie jeść, nie tyć, być zgrabna i zadowolona z siebie, ale to było poza moją kontrolą. Otrzeźwiałam. Pomyślałam, że jak go stracę to rozsypię się całkiem. O dietach i odżywianiu wiedziałam przecież wszystko. Czytałam o kompulsywnym jedzeniu. Zrobiłam to, co już dawno powinnam zrobić. Zaczęłam psychoterapię. Było ciężko – mówi Joanna.

Jedzenioholikiem jest też Magda. Chociaż jest szczupła, ma obsesję na punkcie jedzenia. Myślenie, jak nie zjeść i co zjeść zajmowało jej większość dnia. I wystarczył stres, żeby nie wytrzymała postanowienia, że już więcej nie będzie objadania się bez pamięci.

Cały mój nałóg składa się z paradoksów. Rodzice dbali o to, żeby odżywiać się zdrowo – marchewki z ekologicznych upraw, mięso pieczone przez mamę, bo wędliny mają za dużo konserwantów.  Mam mawiała: „Jesteś tym co jesz”. W kontekście mojej choroby brzmi to, jak zła wróżba, przekleństwo – mówi Magda.

Kiedy jej chłopak poszedł z kolegami na piwo, nie odbierał telefonu, a ona czekała na niego, włączyła telewizor i jadła. Telewizor zwykle szedł w parze z objadaniem się. Absorbował, można było zająć się jakąś polską nudną serialową rodziną i nie myśleć o problemie. Jedzenie dawało przyjemność. Czekoladę zajadała śledziami, pochłaniała ciastka, a potem sięgała po kiełbasę. Przetestowała wszelkie najdziwniejsze połączenia.

Nie wiem, jak wytrzymał to  mój żołądek. Czułam, że wszystko mnie boli, że za chwilę po prostu pęknę. Potem wypijałam trzy – cztery herbatki przeczyszczające, żeby pobudzić żołądek do pracy. Kiedyś próbowałam zwymiotować to, co zjadłam, że nie potrafiłam sprowokować wymiotów, strasznie się brzydzę zapachu wymiocin – mówi Magda.

Po takiej obżarstwie budziła się z paraliżującym lękiem, że po wieczornych ekscesach będzie gruba. Zwykle już następnego dnia przechodziła na dietę. Serwowała sobie same gotowane warzywa i chude mięso kilka dni, tydzień. Codziennie chodziła na siłownię. Trzymała się do następnego ataku obżarstwa. Zawsze wieczorem. W ciągu dnia lepiej sobie radziła, na śniadanie jajko ze szpinakiem, w ciągu dnia jabłuszko, w formowym barku zamawiała kawałek mięsa z surówką. Ale po ciężkim dniu, kiedy wracała z pracy, szła do sklepu, po jednego czekoladowego batonika na poprawę humoru i wychodziła z wielkim koszem jedzenia. Mówiła sobie, że będzie miała na kilka dni. Oszukiwała się do końca. Zjadała wszystko w  jedną noc i tak w kółko.

Niekończący się brazylijski serial.  Ciągle dręczyłam się poczuciem winy. Marzyłam o jednym dniu w moim życiu, kiedy po prostu zjem śniadanie, obiad i kolację i nie będę przed każdym posiłkiem myślała wiele godzin, co zjem, czy już jestem głodna, a może jeszcze poczekam godzinę i tak dalej. Jedzenie było moją obsesją, czułam się bardzo, bardzo zmęczona. Nienawidziłam siebie, swojego ciała, które może przytyć, tego, że mam łaknienie. Myślałam, o ile życie byłoby prostsze, gdybyśmy żyli samym powietrzem. Chciałam móc skupić się na pracy, na czymś więcej, niż jedzeniu i ograniczaniu jedzenia – mówi Magda.

Żarłok na odwyku

Po kolejnej diecie cykl miesięczny Magdy oszalał. Przeszła szereg badań hormonalnych. Lekarz zaczął pytać, czy się odchudza, mówił, że drastyczne diety rozregulowują organizm i jeśli chce w przyszłości mieć dzieci musi o tym pomyśleć. Nie przyznała się do swojej obsesji, ale dało jej to do myślenia.
- Człowiek musi jeść, żeby żyć. Problem jest dopiero wtedy, kiedy  zaczyna przeszkadzać to w życiu, w relacjach z ludźmi, kiedy wyniszcza organizm, bo wpada w bulimię, czy nadmierną otyłość. Uzależniony od jedzenia potrzebuje terapii – mówi Robert Rejniak.

Magda zapisała się na grupę anonimowych jedzenioholików. I nawet idąc tam miała nadzieję, że to nie dla niej, przecież jest szczupła, ma może nieco szersze bioderka. Dostała test do rozwiązania. Odpowiedziała twierdząco na niemal wszystkie pytania, nie było wątpliwości, że jest uzależniona od jedzenia.

Nareszcie spotkałam kogoś, przed kim nie musiałam ukrywać mojej obsesji jedzenia. Ulga – mówi Magda.

Odzyskuję spokój. Znika codzienna szarpanina: zjeść, czy nie zjeść? A jak zjeść to co, ile? A ile ma kalorii? Ile będę musiała ćwiczyć, żeby spalić? Dietetyczka ustaliła dietę, której się trzyma. W końcu ma czas nie tylko na jedzenie, ale też na czytanie książek, oglądanie filmów, spotkania ze znajomymi.

Zrozumiałam siebie, moja mama była cichą alkoholiczką, tak jak ja cichą jedzenioholiczką. Nigdy się nie upijała do nieprzytomności, bo przecież jadła tylko marchewki od gospodarza ze wsi, ale wypijała kilka kieliszków „dobrego alkoholu” dziennie, na rozluźnienie. Była lekarzem, więc dostawała tego tyle, że mogłaby założyć sklep monopolowy.  Ojciec udawał, że tego nie widzi. Zastanawiam się nad terapią DDA – mówi Magda.

Joasia przez rok schudła 15 kilo. Lepiej się czuje, nabiera pewności siebie. Zaczyna racjonalnie się odżywiać, ale początki były trudne.  Bo jak alkoholik jest na odwyku i musi zachować abstynencję, to omija szerokim łukiem sklepy monopolowe i unika sytuacji, które stwarzają pokusy. Kiedy jedzenioholik ma zrezygnować z kalorycznych pokarmów, pocieszaczy, kompulsywnego jedzenia, nie może omijać sklepów, musi codziennie zrobić zakupy i  jeść, Tyle, że już inaczej, regularnie i treściwie.

- Wydawało mi się, że zwariuję, że nie będę umiała zająć myśli. Rodzi się jakieś potworne napięcie, nie do okiełzania. Jedzenie to był mój azyl, kiedy już było naprawdę źle, jadłam. Straciłam tę kryjówkę. To bardzo duża zmiana w życiu, nawet nie wiedz jak duża. Nagle nie masz gdzie uciec, musisz stanąć z problemem twarzą w twarz. Szłam wtedy z psem na spacer, chodziłam, aż schodziło ze mnie to ciśnienie, żeby sięgnąć po coś do jedzenia. Coraz częściej wychodzę z psem z przyjemności, a nie z musu. Dużo mi daje praca z psychologiem, bez tego bym sobie nie poradziła  – mówi Joasia.